Miesięczne Archiwa: Lipiec 2005

O G Ł O S Z E N I E :-)

szukam, bardzo bardzo szukam filmu pt. „House on Haunted Hill” (polski tyt. „Nawiedzony dom” lub „Dom na przekletym wzgórzu”, w zaleznosci od widzimisię tych tam, co programy układają tv, albo tytułują [niby-tłumaczą] na uzytek wypozyczalni:-/) w rezyserii Williama Malone’a z 1999r. z Femke Janssen i paskudnym Peterem Gallagherem.

Najchętniej na kasecie video, bo nie dorobiłam się jeszcze dvd;-> Kwestia rozliczenia za kasetę do omówienia droga mailową lub na gg.
Nie mogłam na urlopie zobaczyć do końca bo nie dość, że patrzyłam przez palce ze strachu, bo wszyscy spali, potem tv się wyłaczyło (same z siebie) i się jeszcze bardziej zestrachałam, przez co musiałam prosić bu, żeby poszedł sie ze mna wysikać, potem włączyło się znów tylko po to, zeby za dwie sekundy się wyłaczyć i wolałam nie wychodzić z łóżka, chyba, ze w celu schowania się pod nie, a pilota wcięło… a jak mnie w srodku nocy obudził właczajacy sie (znów sam) telewizor, już po zakończeniu filmidła, to przypomniałam sobie, ze pilota mam za poduszką i szybciutko wyłączyłam grata… a rano i tak bałam sie sama iść do wc:->
a ta swinia dostała czkawki wyłączeniowo-włączeniowej bo prąd czkawkował, co się udzieliło i mnie postraszyło. Nawet bardzo.
Ale film chętnie zobaczę raz jeszcze – tym razem od początku do końca i wtedy, gdy bu nie pójdzie na noc do pracy. Bardzo chcę i już.

proszę o pomoc:-)

prognozy kłamią.

pogoda nad polskim morzem mnie nienawidzi.
wiem to.
wpływa to destrukcyjnie na moją osobowość.
w przyszłym roku poszukam symptyzującej ze mną pogody nad innym morzem.
w dodatku urlop ucieka jakby go ktoś gonił.
kurwa mać.

ps. po powrocie:

od przyszłego roku nad moim ukochanym bałtykiem gościć będę wyłącznie w celach towarzysko-rozrywkowych.
Bo towarzysko i rozrywkowo było, oj było;-))))))

odliczanie, odliczanie;-)))

Szybko, szybko, zakupy, pakowania, polary. POLARY!!! Koniecznie dres polarowy i niewiele poza tym, moze jeszcze pięć parasoli;-P
Kurwaantybiotyk, bo bakcyle jak rzepy do psiego się do mnie, nie wiem co jest, jak ja nie chcę i sobie nie zyczę, ale rade dam i już!
Pojutrze piasek:-)))))))))))))))))))
I morze!!!!!!!!!!!!
:-)))))))))))))
i więcej nic nie powiem, żeby nikomu przykrości nie sprawiać;-P
(hyhyhyhyh:->)

papappapapa:-)

rozrywkowo-ratlerkowo;->

Blog. Cóż to takiego? Dla mnie to najlepsza forma wirtualnych kontaktów, swietny sposób na poznawanie ludzi. Tutaj jakos tak zawsze ciągnie swój do swego, nie wiedząc o sobie nic czujemy sympatię do osoby, ukrywającej się za literkami,a jesli na jakieś literki mamy alergię to wystarczy ich nie czytać.. no własnie, nawet zatyczki do uszu nie sa potrzebne;->
I tu pies pogrzebany, przynajmniej czasem:-/ Skąd bierze się zajadłość, z którą blogowicze i ci, którzy blogów nie mają, upieraja się przy nawracaniu, moralizowaniu, obrazaniu innych? Rozumiem, ze mozna się nie zgadzać, wkurzyć i ochrzanić, podyskutować, ale nie wiem czy potrzebna jest pewna… ratlerkowość w wyrazaniu zdania? Dlaczego tak czesto nie potrafimy sie zdystansować i kazdego, kto ma odmienne od nas zdanie nazywamy z przekąsem durnowatą panienką czy wrednym, zakłamanym chujem?
Skąd wiemy, że blog nie jest czyjąś ucieczką w wydumany swiat, czy po prostu treningiem literackim (czy tam grafomańskim;->)?
Kto daje nam prawo do narzucania swojego zdania i opluwania ludzi, których wcale nie znamy i własciwie nic o nich nie wiemy?
Dlaczego czasem przeszkadza nam, ze ktoś pisze tak, ze chciałoby się czytac wciąż i wciąż i doszukujemy sie potknięć i kłamstw? Co na blogu jest kłamstwem? Mozna tak mówić?
Tu fikcja miesza się z rzeczywistością, kazdy ma swój „kawałek podłogi” (pozyczyłam od Ciebie, Kaś i od kogos jeszcze, ale nie pamietam od kogo;->) i robi z tym kawałkiem to co uzna za słuszne dla siebie. A gdybanie czy to prawda, te pisanie, czy nie nie ma wg mnie sensu..

co u ciebie?

Takie sobie pytanko – co u ciebie?
Hmmm, co u mnie to ja nie wiem:-))
i nic mnie to nie obchodzi:-)
Mogę odpowiedzieć – właściwie nic.
Bo w tym malutkim „nic” mieści się cały bezmiar normalnosci.
Takiej normalności, która nie nuży, nie przeszkadza, nie wrzeszczy – ” zrób coś, zmień radykalnie, wykrzycz, walnij piescią w stół, ZRÓB COŚ, ZRÓB KONIECZNIE BO NIE DZIEJE SIĘ NIC I COFASZ SIĘ, POPADASZ W MARAZM!!!”. Bo ta właśnie normalność wybucha czasem śmiechem z byle powodu, a czasem ogarnie ją zaduma, która niekoniecznie kończy się smutkiem.
A gdy jest tak właśnie normalnie to mozna na chwilkę przed wyjściem z pracy umówić się z przyjaciółką u fryzjera, ściąć włosy jeszcze krócej, patrzeć jak Atka wybiera czerwono-bordowy kolor farby tylko po to, by po wyjsciu z salonu ze zdziwieniem stwierdzić: „myślałam, ze będą rude…”;-))
Można sobie też pojechać do Kaś, zostawiwszy po drodze reklamówkę z ciuchami na zmianę (i majtkami też).
Można pogapic się w akwarium, które rosliny odziedziczyły po rybkach.
No i mozna odliczac dni do urlopu z Maliną;-)))))

niestety, normalne bakcyle atakują nie zwazając na nic.
Ale je pokonam!!! Walczę i sie nie poddaję!